Janusz Wiśniewski: Chcę się przyczynić do tego, by zła sława mężczyzn choć trochę się zmniejszyła


Takimi krokami jak eliminowanie przemocy pomagamy wynieść kobiety na równy mężczyznom poziom. I musimy to robić także my – mężczyźni. Nie może być tak, że jawnie deklarując się jako feminiści i zwolennicy równouprawnienia, w głębi ducha jesteśmy seksistami.

Zetknął się pan kiedyś z przemocą domową?

 

Owszem, niejednokrotnie, w Polsce i za granicą.

 

Swego czasu mieszkałem w Toruniu, w jego robotniczej dzielnicy. Głosy przemocy słychać tam było bardzo często. Nieraz widziałem interweniujących, a właściwie nieinterweniujących milicjantów. I widziałem pobite kobiety, których nie stać było nawet na to, by kupić sobie ciemne okulary, potrzebne, żeby zakryć wszystkie siniaki, jakie na twarzy regularnie nabijali im ich mężowie.

Nikt nie próbował im pomóc?

 

Wtedy jedynym organem, który mógł służyć pomocą, była milicja, a milicja do spraw rodzinnych się nie wtrącała.

 

Dziś jest niewiele lepiej.

 

Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. Już na to najwyższa pora. Choć taka przemiana wymaga czasu i ogromnej energii płynącej ze strony społeczeństwa. I nie chodzi tylko o pewien status majątkowy, bo przemocy wobec kobiet dopuszczają się zarówno ci ubożsi i mniej wykształceni faceci, jak i ci, którzy mają skończone wyższe studia, tytuły naukowe i pracują na kierowniczych stanowiskach.

W Polsce, tak jak w wielu innych krajach, jedną z przyczyn tego, że mężczyźni wykorzystują swoją fizyczną czy finansową przewagę nad kobietami, jest patriarchat. To utrwalane przez wieki przekonanie, że kobieta została stworzona tylko po to, by usługiwać mężczyźnie i rodzić mu potomstwo. Ten model życia popierał i nadal popiera Kościół, a także pewne grupy rządzące, i nie mówię tu tylko o konserwatystach, ale i o liberałach.

Decydując się na udział w kampanii „Kocham. Szanuję”, miał pan nadzieję, że trafi do ofiar przemocy domowej i zachęci je do szukania pomocy, czy do jej sprawców i sprawi – być może – że dopadnie ich pewna refleksja?

 

Przede wszystkim chciałbym dotrzeć do sprawców.

 

Dlaczego?

 

Chciałbym do nich zaapelować, by nie wykorzystywali tej swojej przewagi fizycznej czy finansowej, jaką zwykle mają nad kobietami. Chciałbym powiedzieć im, by nie wpływali destrukcyjnie na relacje między kobietą a mężczyzną, które powinny być przecież oparte przede wszystkim na szacunku.

 

Chciałbym jednocześnie też obronić tę gorszą i brzydszą płeć, którą sam reprezentuję. Bo przecież stosowanie przemocy, w każdej formie – fizycznej, seksualnej, psychicznej czy ekonomicznej – powoduje, że opinia o mężczyznach jest coraz gorsza. Chociaż „pracuje” na nią garstka degeneratów. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dowodem na to może być chociażby niedawna akcja #MeToo, czy w polskiej wersji #JaTeż. Ona bardzo spektakularnie pokazała, jak często dochodzi do molestowania seksualnego. Przez wiele lat ten problem był zamiatany pod dywan, aż w końcu kobiety znalazły w sobie odwagę, by zacząć o tym głośno mówić. Dlatego ja tym bardziej chcę się głośno sprzeciwić stosowaniu przemocy wobec kobiet, niezależnie od tego, w jakiej formie do niej dochodzi. Chcę się przyczynić do tego, by ta zła sława mężczyzn, która przecież dotyka mnie bezpośrednio, choć trochę się zmniejszyła.

W końcu chciałbym też obronić kobiety, które padają w Polsce ofiarami przemocy. Chciałbym przekonać je, by nie zwlekały z szukaniem pomocy, i zaapelować do ludzi, którzy są świadkami przemocy – nie udawajcie, że tego nie widzicie, nie przechodźcie dalej obojętnie. W sytuacji, gdy jedna osoba krzywdzi drugą, macie moralny obowiązek się wtrącić, pomóc. Ludzie, którzy tego nie robią, są współodpowiedzialni za to, na jaką skalę dochodzi dziś w Polsce do przemocy wobec kobiet.

 

Myśli pan, że jest szansa, by ta zmiana się w polskim społeczeństwie w końcu dokonała?

 

Na przykładzie Niemiec, na terenie których mieszkam od wielu lat, mogę twierdzić, że tak. Niemieckie kobiety przebiły się już przez ten szklany sufit. I są ważne.

 

Wie pani, w Niemczech byłem raz świadkiem przemocy domowej. To się wydarzyło, gdy kilka lat temu, przez pewien czas, mieszkałem w dzielnicy zamieszkiwanej głównie przez rodziny tureckie. Na moim piętrze facet pobił swoją kobietę i jej dzieci. Reakcja służb była natychmiastowa – po tygodniu ta kobieta miała własne mieszkanie, a wobec męża sformułowano akt oskarżenia. Nie znam dalszych skutków prawnych, nie wiem, co się z tym mężczyzną stało, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że państwo błyskawicznie stanęło w obronie tej kobiety, izolując ją od sprawcy. Dopiero wtedy, gdy ona była bezpieczna, zajęto się weryfikowaniem jego zachowania i karą, jaka powinna go za to spotkać. W Polsce tymczasem zwykle jest tak, że po zgłoszeniu o pobiciu czy przemocy w domu do mieszkania przyjeżdża patrol, poucza faceta, że ma być w domu spokój i wychodzi. A to przecież nic nie znaczy, bo ta kobieta nadal jest skazana na swojego oprawcę i nadal musi się z nim mierzyć sama.
Jestem przekonany, że takimi krokami jak eliminowanie przemocy pomagamy wynieść kobiety na równy mężczyznom poziom. I musimy to robić także my – mężczyźni. Nie może być tak, że jawnie deklarując się jako feminiści i zwolennicy równouprawnienia, w głębi ducha jesteśmy seksistami. Seksizm w swoim przekazie jest tak samo bezsensowny i krzywdzący jak rasizm, tyle że jeden dotyczy płci, a drugi koloru skóry.

 

Kampanie społeczne takie jak „Kocham. Szanuję” wystarczą?

 

To pierwszy i milowy krok. Ale oprócz społecznego nastawienia do problemu przemocy w Polsce musi się zmienić także prawodawstwo. I mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Audio: