Wywiad – Szymon Majewski

Szymon Majewski: Rozpoznawalną twarz warto wykorzystywać nie tylko do rozrywki, ale i do tego, by pomóc innym

 

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi udaje, że nie zauważa przemocy. Nie zwracamy na nią uwagi nawet wtedy, kiedy spotykamy kogoś z podbitym okiem. Tymczasem rozglądanie się i reagowanie wtedy, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, niezależnie od tego, kim jesteśmy, w co wierzymy i jakie mamy poglądy, powinno być dla nas rzeczą naturalną, ludzką.

Podobno nazywa się Ciebie babskim królem.

 

(śmiech) Owszem, zdarza się. Szczycę się tym i ciągle o tym mówię.

 

Skąd Ci się to wzięło?

 

Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice się rozstali. Wychowywała mnie mama, więc dla mnie, odkąd pamiętam, spędzanie czasu z kobietami było naturalne. Zresztą jedno z najpiękniejszych moich wspomnień z dzieciństwa dotyczy właśnie kobiet.

 

Jakie ono jest?

 

Moja mama pracowała w punkcie krwiodawstwa mieszczącym się przy szpitalu na Banacha, przychodziłem do niej po szkole, jadłem obiad, czasem odrabiałem lekcje, a wokół mnie kręciły się same panie. Kiedy moja mama gdzieś szła, ja zostawałem pod czujnym okiem jej koleżanek. Jednocześnie zawsze zwracałem uwagę na kobiety w rodzinie. Szczególnie mi były bliskie ciocia Lucynka, babcia Stasia, sąsiadka Rysia. Było mi z nimi po prostu dobrze.

 

A ten babski król kiedy się pojawił?

 

Zaczęło się w podstawówce, to zresztą wtedy było raczej wyzwisko, ksywa, która bez wątpienia nie miała kojarzyć się pozytywnie (śmiech). Bo widzisz, ja lubiłem też przebywać z chłopakami, grałem z nimi w piłkę, ale naprawdę przede wszystkim ceniłem sobie towarzystwo kobiet, lubiłem słuchać ich rozmów. Dziewczyny zawsze były dla mnie bardzo ciekawą grupą. I tak mi zostało do dziś. Kiedy moja żona organizuje jakieś swoje babskie spotkania z koleżankami, zawsze zaprasza na nie i mnie (śmiech).

 

Co Cię tak w kobietach frapuje?

 

Uwielbiam ich żywioł, energię, wewnętrzną siłę, która – całe szczęście – jest coraz większa. Kobiety są w stanie szybciej przekonać mnie do pewnych idei. Co nie zmienia faktu, że mogę na temat kobiet również żartować i chętnie to robię. Między innymi na tym polega przecież mój zawód. Na temacie kobiecym zbudowałem wiele swoich ścieżek zawodowych – w Radiu ZET prowadzę teraz „Nieporadnik małżeński” – audycję o naszych relacjach z żoną. Robię też monolog o mojej żonie, powoli zaczynam pracować nad monologiem o mojej mamie. To wszystko kolejny dowód na to, że kobiety są niezwykle inspirujące.

 

Przede wszystkim jednak lubię ich słuchać i je rozumieć, zwłaszcza tę jedną jedyną, jaką już prawie od 25 lat jest moja żona.

 

Z tą samą żoną od 25 lat, bez separacji i rozwodu na widoku, w show-biznesie uchodzisz trochę za dinozaura.

 

Niedawno napisałem nawet do „Zwierciadła” taki felieton, że my z Magdą w sumie nie mamy już nawet prawa się rozstać (śmiech).

 

A to dlaczego?

 

Moi rozwiedzeni koledzy często mówią mi: „Wiesz, już tylko wy zostaliście, musicie się trzymać, wam musi się udać”. Czasami mam wrażenie, że oni w pewnym stopniu uzależniają swoje dobre samopoczucie od tego, czy my będziemy, czy nie będziemy razem. To przekomiczne.

 

Większość rzeczy, które robisz, to komedia. Skąd nagle taka poważna akcja jak „Kocham. Szanuję”?

 

To chyba jedna z oznak mojego dojrzewania. Bo ja, oprócz tego, że mam to swoje oblicze rozrywkowe, komiczne, z którym pewnie już się nie rozstanę, mam też to bardziej poważne oblicze. Wiele osób kompletnie tego nie rozumie. Kiedy czasem mówię coś na serio, albo napiszę jakiś poważny felieton, dzwonią znajomi i mówią: „Czytałem twój tekst, ale dlaczego on jest taki poważny?”. To brzmi tak jakby podejrzewali, że jestem chory, albo tak jakby nie spodziewali się, że mnie się w ogóle zdarza myśleć kategoriami innymi niż żart.

 

Tyle że natura komika jest zwykle dwoista. Komizm i żart dla wielu z nas jest pewnego rodzaju odskocznią od zbyt trudnej rzeczywistości. To taki skok akrobaty, próbującego uciec od problemów w śmiech. Ja sam przez wiele lat zwyczajnie bałem się konfrontacji z trudnymi tematami.

 

Dziś już się nie boisz?

 

Przestałem udawać, że nie istnieją. Zacząłem interesować się pewnymi społecznymi kwestiami, takimi jak temat przemocy w rodzinie. Okropnie boli mnie, że to się dzieje tak często i zwykle tuż obok nas, za ścianą. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi udaje, że tej przemocy kompletnie nie zauważa. Nie zwracamy uwagi nawet wtedy, kiedy spotykamy kogoś z podbitym okiem. Tymczasem rozglądanie się i reagowanie wtedy, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, niezależnie od tego, kim jesteśmy, w co wierzymy i jakie mamy poglądy, powinno być dla nas rzeczą naturalną, ludzką. Tak po prostu.

 

Od pewnego czasu oczywistym stało się dla mnie to, że skoro ja sam mam rozpoznawalną twarz, to powinienem ją wykorzystywać nie tylko do rozrywki, ale i do tego, by pomóc innym. To jest taki trochę dług wobec tych, co oglądają czy oglądali moje programy – zaprzątałem ich uwagę, zabierałem im ją i ich czas, teraz mogę im coś z siebie dać. I dlatego również biorę udział w „Kocham. Szanuję”.